Tomasz Kolankiewicz: w FINA zastałem spaloną ziemię [WYWIAD]

2024-07-18 07:03 aktualizacja: 2024-07-19, 09:57
Tomasz Kolankiewicz Fot. PAP/Adam Warżawa
Tomasz Kolankiewicz Fot. PAP/Adam Warżawa
Zastałem tu spaloną ziemię. FINA ostatnie lata prowadziła działalność propagandową. Ale to nie jest tak, że była wychylona na prawo, a będzie na lewo. Najważniejsza jest wartość merytoryczna dzieł - powiedział PAP Tomasz Kolankiewicz, nowy dyrektor Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego (FINA).

PAP: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny powstał po to, żeby wyrzucić Michała Merczyńskiego ze stanowiska szefa Narodowego Instytutu Audiowizualnego, łącząc go z Filmoteką Narodową. Pan mówi, że z tej politycznej decyzji można uczynić wartość dodaną. Jak połączyć te instytucje, żeby się dopełniały?

Tomasz Kolankiewicz: Pomysł połączenia tych instytucji wypływał ze złych pobudek. Zresztą Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny potem przegrała procesy w sądzie pracy m.in. z Michałem Merczyńskim, a to dowód na to, że doszło do nieprawidłowości. Jednak ani Dariusz Wieromiejczyk, ani jego następca Robert Kaczmarek nie przeprowadzili owego połączenia. Nie zaprezentowali żadnej wizji programowej ani polityki gromadzenia zbiorów. Takie dokumenty muszą powstać. Zamierzam je przygotować w najbliższej przyszłości.

Natomiast samo połączenie jest sensowne, zwiększa potencjał obu instytucji. Filmoteka Narodowa była zawsze mocno niedofinansowana, nakładano na nią obowiązki w kwestii gromadzenia i zabezpieczenia zbiorów, zapominając, że trzeba na to przyznawać środki. W dodatku Filmoteka nie czerpała zysków z popularyzacji swoich materiałów, oddając je innym podmiotom. Z kolei Narodowy Instytut Audiowizualny rzeczywiście działał bardzo prężnie, prowadził działalność kuratorską, ale nie w oparciu o własne zbiory.

Zatem połączenie Filmoteki, która ma największe w Polsce, genialne zbiory filmowe i okołofilmowe, z Narodowym Instytutem Audiowizualnym - patrzącym szerzej, będącym instytucją w większym stopniu otwartą na współczesność - wydaje mi się sensowne, o ile faktycznie nastąpi i FINA zacznie pełnić funkcję nowoczesnego archiwum, które nie tylko gromadzi zbiory, ale też ożywia je, prowadząc działalność edukacyjną i popularyzatorską na polach audiowizualnych.

PAP: Michał Merczyński wywalczył w sądzie odszkodowanie za zwolnienie z pracy przed zakończeniem kontraktu. Proces wygrał również Dariusz Wieromiejczyk, który został odwołany przez ministra kultury Piotra Glińskiego, ponieważ nie zgodził się ocenzurować festiwalu Herstorie promującego idee feminizmu. Na drogę sądową wystąpiła też wicedyrektorka FINA Anna Sienkiewicz-Rogowska, zwolniona przez Roberta Kaczmarka pod zarzutem narażenia dziedzictwa narodowego. Niestety, nie doczekała finału sprawy, zmarła na atak serca. Wieromiejczyk po wygranym procesie powiedział Wirtualnym Mediom: "Nie czuję się wygrany, bo z FINA od tamtego czasu odeszła połowa załogi. To pokazuje skalę zniszczeń. Odeszły wszystkie moje zastępczynie (...). Anna Sienkiewicz-Rogowska dziś już nie żyje, nie zniosła tej kampanii oszczerstw". Jaką sytuację zastał pan w FINA?

T.K.: Pan Wieromiejczyk odnosił się do sytuacji sprzed jakiegoś czasu, kiedy to było pół zespołu. Obecnie mam wrażenie, że to znacznie większy procent. Dość powiedzieć, że za czasów mojego bezpośredniego poprzednika przez instytucję na umowach o pracę w różnym wymiarze przewinęło się 228 osób w zaledwie dwa i pół roku, a na początku jego kadencji zatrudnionych było 219 pracowników. Wymiana kadr była prowadzona w sposób haniebny. Pracownice i pracownicy byli przesłuchiwani przez dyrekcję. Wypytywano ich o poglądy i kwestie wiary. Pod tym kątem prowadzono też rekrutacje. To skrajne łamanie przepisów o braku dyskryminacji. Nie można od pracowników wymagać konkretnych poglądów politycznych albo religijnych, bo to jest praca, a nie miejsce, gdzie będziemy spotykać się na modlitwy albo polityczne wiece. Nikogo nie obchodziło, czy oni znają się na tej pracy, jakie mają doświadczenie.

Żeby unormować sytuację, postanowiłem, że na wszystkie stanowiska w FINA będą rekrutacje. Będziemy dobierać osoby wyłącznie pod względem kompetencji. Ten zespół należy odbudować. Odeszło tyle specjalistek i specjalistów, że FINA utraciła pamięć instytucjonalną.

FINA przez ostatnie lata prowadziła de facto działalność propagandową. Większość prezentowanych tutaj utworów wpisywało się w bardzo mocno prawicową optykę. Ja też mam poglądy polityczne, ale zostawiam je za drzwiami i nie zamierzam pod tym kątem prowadzić działalności. Ale to nie jest tak, że instytucja była wychylona na prawo, a teraz będzie wychylona na lewo. Po obu stronach sporu politycznego są osoby ciekawe i mniej ciekawe. Jedyne, co jest ważne, to wartość merytoryczna ich dzieł.

PAP: Będzie pan próbował zaprosić do pracy w FINA osoby, które odeszły stąd za czasów dyrektora Kaczmarka?

T.K.: Przygotowując swoją koncepcję, miałem kontakt z byłymi pracownikami i pracownicami. Z zespołu merytorycznego odeszło ponad 100 osób – to jest kosmiczna liczba. Ich się stąd pozbyto. Wypychano ich i to w sposób naprawdę brutalny. Jak najbardziej widzę miejsce na powroty, ale ta instytucja wymaga nowego spojrzenia i otwarcia. Trzeba pamiętać, że tu wydarzyły się bardzo złe rzeczy. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że niektóre osoby mogą mieć traumę i nie chcieć wracać. Poza tym mówimy o specjalistach. Oni znaleźli już pracę - niektórzy za granicą w analogicznych instytucjach. Z kolei moi poprzednicy nie byli zainteresowani współpracą zagraniczną. FINA ograniczyła w ostatnich latach działalność w gremiach międzynarodowych. To zupełnie niezrozumiałe decyzje. Całe szczęście udaje nam się powoli wracać do tych struktur. Jednak zastałem tu spaloną ziemię.

PAP: Planuje pan audyt instytucji?

T.K.: Oczywiście, będą audyty. Kilka obszarów budzi poważne wątpliwości. Mamy braki w magazynach, bo przekazano materiały fundacjom, które w ogóle nie zajmują się popularyzacją kina. Gdy przygotujemy się pod względem prawnym, nie wykluczam wystąpienia na drogę sądową, ponieważ moim zdaniem nosi to znamiona działania na szkodę instytucji. Są również nieprawidłowości związane z procedowaniem umów. Mam wydrukowanych kilka książek, do których nie są zabezpieczone prawa autorskie. Kiedy widzę stawki, jakie oferowano zewnętrznym kuratorom, to łapię się za głowę. Pracuję na tym polu od 20 lat: te stawki i umowy opiewają czasem nawet na 10-krotność stawek rynkowych, są umowami o dzieło, a jednak zawarte są w nich długie wypowiedzenia. Nigdy nie widziałem takich praktyk. Nie muszę chyba dodawać, że tymi kuratorami były wyłącznie osoby o "jedynie słusznych" poglądach.

Audyty będą konieczne. Chodzi o to, żeby określić stan zniszczeń, bo to są rzeczy zupełnie pozamerytoryczne. Nie wolno wynosić rzeczy z instytucji, przekazywać ich za darmo obcym podmiotom. Nie wolno publikować książek, nie mając podpisanych umów na prawa do nich. To jest złamanie podstawowych procedur.

PAP: Czyli możliwe, że FINA będzie składać doniesienia o możliwości popełnienia przestępstwa?

T.K.: Niestety, na razie wygląda, że tak. I mówię to z ciężkim sercem. Nie spodziewałem się, że skala zniszczeń będzie aż tak duża. Pan Kaczmarek w wywiadach przedstawiał sytuację, jakby tu był układ, który trzeba rozbić – jakaś grupa, która nie wiadomo co kradnie, i nie wiadomo, jak niegospodarnie się zachowuje. A wychodzi na to, że on sam zrealizował pomysł stworzenia grupy obsadzonej po znajomości, z dużymi nierównościami płac. Dostałem "w spadku" umowy o pracę podpisane na preferencyjnych warunkach, jakich nigdy nie widziałem – z bardzo długimi, nawet półrocznymi okresami wypowiedzenia. Duża grupa osób nagle po moim powołaniu znalazła się na długoterminowym L4. Nie zabraniam ludziom chorować, ale wśród głoszących tezy o swojej niezłomności, oporze, honorze, jedynym słusznym podejściu do państwa widzę sporo osób, których honor – wydaje mi się - pozostawia sporo do życzenia, a podejście do kwestii państwowych pieniędzy jest bardzo dyskusyjne.

PAP: W koncepcji kierowania FINA wspomniał pan, że w ubiegłych latach doszło do wielu błędów w zakresie restauracji filmów i materiałów archiwalnych. Czy mógłby pan zdradzić szczegóły?

T.K.: To problem systemowy dotyczący podejścia do restauracji dziedzictwa audiowizualnego w Polsce. To nie jest problem FINA ani żadnego z podmiotów, które się tym zajmowały. Odrestaurowano mnóstwo filmów i zrobiono to bardzo dobrze. Uważam, że restauracja jest naprawdę na wysokim poziomie. Problem jest wyłącznie jeden – nie odbyła się szersza, środowiskowa dyskusja o tym, jak podejść do restauracji, digitalizacji polskich zbiorów audiowizualnych. Nie należy ingerować w dzieło. Można - co zrobił z sukcesem pan Jerzy Hoffman podczas prac restauratorskich nad "Potopem" - stworzyć wersję alternatywną filmu. Ale równolegle, co jest niezwykle ważne, odrestaurowano wersję kanoniczną, dwuczęściową – w takiej formie, w jakiej film był prezentowany w dniu premiery.

Trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z zabytkami, z dziełami sztuki, które trzeba restaurować tak, by zyskały jak najlepszy wygląd, ale nie wolno ich poprawiać. To trochę tak, jakby ktoś chciał zmienić "Damę z łasiczką" w damę z kotem. Restauracja na czym innym polega. Były duże pieniądze z Unii Europejskiej, więc szybko przystąpiono do działań – zresztą fantastycznych. Jednak przy tak dużych projektach dobrze byłoby najpierw zastanowić się nad zasadami działania.

PAP: Jedną z kluczowych inwestycji FINA ma być budowa nowoczesnych przestrzeni magazynowych. Pierwszy z magazynów ma powstać w Łodzi przy ul. Łąkowej. Na jakim etapie jest ta inwestycja? Na jakich zbiorach skupi się łódzka jednostka?

T.K.: Zbieramy bardzo różne nośniki – mamy taśmę filmową, taśmę nitro – tę najstarszą, wysoce łatwopalną, taśmę aceto, taśmy magnetyczne wymagające innych warunków, więc to jest kwestia budowy kilku magazynów. Gromadzimy również zbiory papierowe, okołofilmowe - nie tylko plakaty, fotosy, scenariusze, protokoły kolaudacyjne, ale też stary sprzęt filmowy. Magazynów musi powstać kilka, także dlatego, że wymagają tego względy bezpieczeństwa. Te budynki muszą być odpowiednio oddalone od siebie, bo jeśli coś wydarzy się w jednym miejscu, w drugim musimy być zabezpieczeni. Jednak od lat 60. nikt takich magazynów nie wybudował.

Postanowiłem sięgnąć po wiedzę osób, które się w tym specjalizują. Podjąłem decyzję o powołaniu zespołu ekspertów ds. budowy archiwów, którego zadaniem będzie przeprowadzenie tego procesu. W skład grupy wejdą pracownicy FINA, bo oni najlepiej znają zbiory, i osoby z zewnątrz - specjaliści od budowy magazynów i konserwacji zabytków oraz przedstawiciele środowiska międzynarodowego. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem, było spotkanie z przedstawicielami Association des Cinémathèques Européennes wraz z jej szefem, moim odpowiednikiem z Národní filmový archivw w Pradze oraz z szefem The International Federation of Film Archives, organizacji zrzeszającej archiwa filmowe z całego świata. Dostałem silne zapewnienie, że chętnie podzielą się wiedzą ekspercką. To dla nas ważne w kontekście przyszłych wyzwań.

Posłużę się przykładem bardziej obrazowym: budowa magazynów to trochę tworzenie dobrze wentylowanych lodówek, ponieważ taśma jest przechowywana w bardzo niskiej temperaturze, przy odpowiedniej, stałej wilgotności powietrza i wentylacji. Wiemy, jaki jest problem z lodówką – nie jest droga, ale jej utrzymanie kosztuje. Tutaj będzie tak samo. Ważne, żeby budynek generował możliwie jak najniższe koszty, jeśli chodzi o ceny wykorzystywanej energii. Decyzja, gdzie powstaną magazyny, jeszcze nie zapadła. Łódź jest brana pod uwagę. To pierwsza lokacja, którą odwiedziłem. Byłem przy ul. Łąkowej, gdzie mieści się budynek starej wytwórni, który mój poprzednik chciał przebudować. Moim zdaniem on nie nadaje się do przebudowy. Jest tam grzyb, budynek jest skażony mikrobiologicznie. Przebudowa byłaby droższa niż zburzenie budynku i postawienie nowego. Jednak sama lokalizacja ma tę zaletę, że jesteśmy właścicielem gruntu, więc możemy na nim coś zrobić. Czy odnowić budynek, czy zbudować nowy – zobaczymy. Na razie mam zbyt mało danych, żeby podjąć decyzję.

Odwiedziłem też Stryków, gdzie mieści się tymczasowy magazyn zbiorów przeniesionych z ul. Łąkowej. Tam taśmy przechowywane są w stosunkowo dobrych warunkach. Jedyny problem jest taki, że ten najem kiedyś się skończy. Pytanie, czy zdążymy do tego czasu wybudować nowy budynek, czy będziemy musieli przedłużać najem. Ale na pewno zamierzamy budować magazyny i będziemy to robić na podstawie ekspertyz zespołu eksperckiego. To jest dla mnie absolutny priorytet.

PAP: W 2021 r. pana poprzednik zapowiedział, że drugie archiwum powstanie w Warszawie, obok siedziby FINA. Mówił, że przygotowuje się do ogłoszenia konkursu i że takie miejsce może powstać nawet w ciągu trzech lat. Co zostało zrobione w tej sprawie?

T.K.: O to trzeba by zapytać pana Kaczmarka. Być może były jakieś plany, ale nie widzę za oknem żadnego budynku. Obecnie wynajmujemy przestrzeń magazynów w Warszawie od wytwórni na Chełmskiej. Prowadzimy też rozmowy na temat innego, położonego nieopodal gruntu, który byłby sensownym miejscem na magazyn. Choć doskonale wiemy, ile kosztują działki w Warszawie i że w konkurencji z deweloperami nie mamy większych szans. Natomiast warto pamiętać, że mamy prawdziwe, bezcenne skarby. Być może magazyn nie jest tak fotogenicznym obiektem do przecinania wstęgi jak nowy, przepiękny budynek Filharmonii w Szczecinie doceniony Nagrodą im. Miesa van der Rohe albo Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Magazyn jest mniej atrakcyjny na zdjęciach, niemniej równie potrzebny. A z naszej perspektywy nawet bardziej.

Marzyłaby mi się rozmowa ze wszystkimi zainteresowanymi podmiotami z udziałem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o tym, jak unormować sytuację polskich archiwów. Mam na myśli głównie archiwa sprzed 1989 r., bo to są materiały wyprodukowane przez państwo, które przecież już nie istnieje. Myślę o archiwum nie jako zamkniętej twierdzy, ale miejscu, które ma być otwarte, udostępniać zbiory - oczywiście na odpowiednich warunkach. Chcę, żeby archiwa były żywe, wpływały na nowe dzieła sztuki, pracowały w skali międzynarodowej.

PAP: Przed laty Narodowy Instytut Audiowizualny był producentem wielu istotnych wydarzeń kulturalnych.

T.K.: Jestem bardzo zainteresowany działalnością produkcyjną Instytutu. Poza filmem pasjonuję się innymi gałęziami kultury i mam ambicje, żeby FINA prowadziła takie działania. Jest kilka ciekawych formatów, które są do wskrzeszenia – chociażby "FINA na ucho", cykl koncertów, które odbywały się w naszej siedzibie na Wałbrzyskiej. Bardzo ciekawe są wszystkie rzeczy realizowane w koprodukcjach teatralnych oraz projekty muzyczne. Chciałbym też rozwijać aktywność FINA o nowe dziedziny, jak sztuki wizualne, kulturę cyfrową, nowe media. Chcemy działać bardzo intensywnie w skali ogólnopolskiej, ale też międzynarodowej.

Narodowy Instytut Audiowizualny był instytucją, przez którą przechodziły duże pieniądze. Przy podziale, gdzie państwo ma do wyboru wytwórnie filmowe i FINA, wydaje mi się sensowne, że archiwa są u nas, a produkcja w wytwórniach. Chcemy - poza produkowaniem nowych wydarzeń – wchodzić intensywnie w koprodukcje, gdzie wkładem FINA będą materiały archiwalne. Na tym się skoncentrujemy. Będziemy też rozmawiać z TVP o możliwości działań związanych z Teatrem Telewizji. Widzę również pole do współpracy eksperckiej z muzeami i wspólnych działań kuratorskich. Jestem w kontakcie z kilkoma instytucjami warszawskimi, ale też np. z Muzeum Sztuki w Łodzi. Takie instytucje jak FINA są powoływane po to, by kreować i współtworzyć politykę kulturalną w Polsce.

PAP: Chcemy zapytać o miejsce szczególnie panu bliskie – Iluzjon. Ponoć lata temu, jako licealista, wymykał się pan ze szkoły, żeby oglądać tam filmy. Kiedyś było to jedno z najważniejszych kin w kraju. Obecnie jego potencjał pozostaje w dużej mierze niewykorzystany. Jak to zmienić?

T.K.: Wagary nie są czymś, czym chciałbym się chwalić, ale tak było. Iluzjon to jedyne kino w kraju, które regularnie na taką skalę gra seanse z taśmy filmowej. Tutejsze projekcje są bardzo cenne, bo pozwalają obcować z materią kina w sposób niezmieniony. Chciałbym, by Iluzjon stał się najważniejszym w Polsce, ale też istotnym na mapie europejskiej kinem prezentującym klasykę filmową. Nie mam na myśli tego, że będziemy wyświetlać od rana do nocy długie i nudne stare filmy Bergmana. Chodzi o to, by pokazywać klasykę z bardzo różnych perspektyw – kino artystyczne i najciekawsze filmy gatunkowe z różnych miejsc na świecie. Zależy mi na współpracy z odpowiednikami Iluzjonu w innych krajach i np. organizowaniu wzajemnych/równoległych przeglądów z partnerami zagranicznymi.

Co nie mniej ważne, Iluzjon nie będzie wyłącznie kinem, w którym ogląda się film. W tym miejscu będą się odbywać prelekcje, spotkania po projekcjach. Mogę sobie wyobrazić, że prezentujemy film "Diuna" Denisa Villeneuve’a w zestawieniu z poprzednim dziełem na podstawie książki Franka Herberta - tym w reż. Davida Lyncha, a oprócz tego rozmawiamy o niezrealizowanej "Diunie" Alejandro Jodorowsky'ego i pokazujemy dokument o tym niepowstałym filmie. Albo zapraszamy religioznawców i poruszamy temat wątków mesjanistycznych w kinie sci-fi. Chodzi o to, że nawet o nowym kinie popularnym można mówić w mądry, ale też ciekawy dla publiczności sposób. Uważam, że w dobie nadpodaży treści audiowizualnych na platformach streamingowych publiczność oczekuje kuratorskiego podejścia do sztuki. Film jest najpopularniejszym sposobem dostępu do kultury w Polsce. I dzięki temu - wspaniałą trampoliną do pogłębiania tego uczestnictwa.

PAP: A zapotrzebowanie wśród warszawskich widzów na klasykę filmową jest - co pokazała choćby tegoroczna, pierwsza odsłona Timeless Film Festival Warsaw, w którym wzięło udział ponad 30 tys. widzów.

T.K.: Rzeczywiście, Timeless jest świetnym przykładem. Bardzo wysoko oceniam ich program. Fenomen rosnącego zainteresowania klasyką widać od lat, nie tylko w Polsce. Można robić bardzo ciekawe rzeczy w tym obszarze i my je planujemy – łącznie z przeglądami mniej znanych osób lub wypartych narracji, takich jak afroamerykańscy twórcy w USA, reżyserki kina niemego czy wiele innych. Uśmiecham się do festiwalu Sounds of Silence organizowanego przez byłe pracownice FINA. One odkopują archeologię kobiecego kina niemego. Robią świetną robotę kuratorską. Ale tych pól jest znacznie więcej – tutaj naprawdę pomysłów nie zabraknie: od włoskiego kina grozy po japońskie kino nieme, od afrykańskiego kina, bardzo słabo znanego, lub kina z Ameryki Południowej po brazylijskie Cinema Novo, jeden z najciekawszych nurtów nowofalowych.

Mam nadzieję, że szybko uda nam się skonstruować pion programowy i będzie on mógł rzucić się w wir pracy. Nie ukrywam, że przegląd "Nowe otwarcie", który zorganizowaliśmy w ten weekend w Iluzjonie, to moje pożegnanie z funkcją kuratorską. Rozstaję się z nią z bólem serca, bo to jest coś, czym zajmowałem się przez całe zawodowe życie. Teraz muszę się skoncentrować na odbudowie zespołu i budowie magazynów.

"Nowe otwarcie" robimy po to, by pokazać, że nastąpiła zmiana. To autorski wybór dzieł, pod którym się podpisuję. Chciałbym, żeby nasz program szedł w tym samym kierunku – bo w przeglądzie znajdziemy zarówno dokument, animację, jak i filmy eksperymentalne, nowe i stare, czarno-białe i kolorowe, polskie i zagraniczne. Będziemy pracować z filmem bardzo szeroko, ale także z zasobami audiowizualnymi. Ale proszę się nie martwić - nie będzie tak jak w "Dzienniku" Gombrowicza, że od poniedziałku do czwartku tylko ja. Wszyscy pracujemy na markę FINA.

***

Tomasz Kolankiewicz jest filmoznawcą, historykiem filmu, konsultantem filmowym i propagatorem polskiego kina. Od 2020 do 2023 r. był dyrektorem artystycznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Był także ekspertem filmowym PISF, członkiem zespołów sterujących w programach Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, współpracownikiem Biura Kultury m.st. Warszawy. W czerwcu br. został powołany przez ministrę kultury i dziedzictwa narodowego Hannę Wróblewską na stanowisko dyrektora FINA. Nowy dyrektor został wyłoniony w drodze konkursu i wskazany jednomyślną rekomendacją Komisji Konkursowej.

Rozmawiali Daria Porycka i Jacek Wakar (PAP)

ał/