O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Tomasz Szczepanik z zespołu Pectus: bracia zaufali mi jako najstarszemu [WYWIAD]

Zanim moi bracia dołączyli do zespołu, wykonałem telefon do każdego z nich, pytając, czy chcą zmienić swoje życie z dnia na dzień. Wszyscy odpowiedzieli, że tak. I właściwie natychmiast porzucili swoje dotychczasowe zajęcia, przyjechali do mojego domu i zaczęliśmy próby – wspomina w rozmowie z PAP Life Tomasz Szczepanik, lider zespołu Pectus. Grupy, która w tym roku obchodzi swoje 20-lecie. Z tej okazji Pectus wypuścił singiel „Barraquito”, do którego teledysk powstał na Teneryfie.

Zespół Pectus. Fot. PAP/Rafał Guz
Zespół Pectus. Fot. PAP/Rafał Guz

PAP Life: Rozmawiamy online, dlatego na początek zapytam, gdzie cię zastałam. Jesteś w Polsce czy na Teneryfie?

Tomasz Szczepanik: Teraz jestem w Polsce. Po pierwsze mamy koncerty, a po drugie bardzo intensywny czas związany z promocją naszego najnowszego singla „Barraquito”. Z Teneryfy wróciłem kilka tygodni temu i dokładnie za tydzień wylatuję znowu. Na pewno jest to ukochane miejsce, nie tylko moje, ale też mojej żony i rodziny. Czujemy się tam bardzo dobrze, swobodnie i stąd te hiszpańskie inspiracje w piosence „Barraquito”. 

PAP Life: Co to jest barraquito?

T.S.: To słodki napój kawowy, właściwie deser, niezwykle popularny na Wyspach Kanaryjskich, szczególnie na Teneryfie. Barraquito składa się z kilku warstw. Na samym spodzie jest skondensowane mleko, następnie specjalny likier 43 produkowany w Hiszpanii, potem idzie espresso i spienione mleko. Wszystko jest posypane cynamonem i na samym końcu dodaje się skórkę z limonki lub z cytryny. Barraquito dodaje energii, ale jest też formą zaproszenia do spędzenia wyjątkowego czasu, wspólnej zabawy. Kiedy jestem na Teneryfie, barraquito piję codziennie. Moja żona też, oboje jesteśmy zauroczeni tą wyspą.

PAP Life: Piosenką „Barraquito” świętujecie 20-lecie zespołu Pectus. Klip, który nagraliście na Teneryfie, jest niezwykle radosny i rodzinny – występujesz razem z braćmi, żoną, ale też z przyjaciółmi.

T.S.: Zarówno teledysk, jak i piosenka opowiadają o relacjach. Moi bracia również dobrze czują się na wyspie i często tutaj przyjeżdżają. Mamy wielu przyjaciół, z którymi spędzamy tutaj czas. W teledysku wziął udział też Olivier Janiak oraz Julka, instruktorka jogi, która mieszka na Teneryfie. 

PAP Life: Kiedy zaczęła się twoja przygoda z Teneryfą?

T.S.: Mniej więcej 14 lat temu, po wygranej na festiwalu w Sopocie, zostałem zaproszony na Teneryfę jako przewodnik, w ramach cyklu promocyjnego, który organizowało jedno z biur podróży razem z TVN i tygodnikiem „Gala”.  Tak się złożyło, że pojechałem z Moniką, moją obecną żoną, którą wtedy jeszcze nią nie była, natomiast była menadżerką zespołu. I tak wyszło, że Teneryfa kompletnie wywróciła nasze życie. Tam zrozumieliśmy, że łączą nas nie tylko sprawy zawodowe, ale przede wszystkim uczucie. Okazało się, że owocem tej miłości i pobytu na Teneryfie jest nasz syn (śmiech). Z tym pierwszym pobytem na wyspie mamy więc wspaniałe wspomnienia. Potem zaczęliśmy już latać tam coraz częściej.

PAP Life: Na tym nie poprzestaliście…

T.S.: W pewnym momencie, kiedy mogliśmy sobie na to pozwolić, kupiliśmy tam dom. To było wielkie marzenie Moniki, żeby mieć swój dom na Teneryfie z pięknym widokiem na ocean i, jak się domyślasz, nie musiała mnie długo przekonywać. Z biegiem czasu, kiedy poznaliśmy to miejsce lepiej, zaprzyjaźniliśmy się z ludźmi, którzy tam mieszkają, przekonaliśmy się, że żyje się tam fantastycznie. Wspaniała pogoda przez cały rok, a zarazem siedem stref klimatycznych. Więc jak zatęskni się za chłodem, to można go znaleźć wysoko na szczycie Teide. Poza tym jest to Unia Europejska. W każdym momencie możemy wrócić, jesteśmy pod telefonem, mailem, nasze życie toczy się normalnie. Piszę, komponuję, chodzimy na zakupy, spacerujemy, gotujemy obiady, uprawiam sport. Jestem zakochany w padlu, więc właściwie codziennie mam treningi.

PAP Life: Często tam jeździcie?

T.S.: Tak często, na ile możemy sobie pozwolić. Gramy bardzo dużo koncertów, około 100 rocznie, więc jeszcze nie możemy mieszkać na wyspie tak często, jakbyśmy chcieli. Kiedyś to się zmieni.

PAP Life: Wiele osób, które marzy o takim życiu, pomyśli w tej chwili: „Ale im dobrze”.

T.S.: Nic nie spadło nam z nieba. To efekt ciężkiej pracy od lat, uporu, konsekwencji, setek trudnych decyzji, wielu wyrzeczeń. Pochodzę z Bogoniowic, malutkiej miejscowości, właściwie wsi położonej między Tarnowem i Nowym Sączem. W dzieciństwie razem z braćmi przez lata mieszkaliśmy w jednym pokoju. Nasza mama pracowała w piekarni, tata był murarzem, oboje bardzo ciężko pracowali. Mieliśmy marzenia i je realizujemy. 

PAP Life: Skąd w tobie pasja do muzyki?

T.S.: To geny po bracie naszej babci, odezwały się we mnie. Jan Mucha, który zresztą na co dzień też pracował w piekarni, założył orkiestrę strażacką w naszej miejscowości. Był świetnym muzykiem, trębaczem, ale też człowiekiem, który edukował młodych ludzi, zarażał sposobem bycia, otwartością. 

PAP Life: Od początku chciałeś być muzykiem?

T.S.: Ja tak, natomiast moi bracia zastanawiali się, czy zostać zawodowymi piłkarzami czy muzykami. Zawsze muzyka była dla mnie najważniejsza. I chociaż przez moment w szkole średniej postanowiłem mieć solidny zawód i zostałem stolarzem, to na szczęście nie zrezygnowałem z tego pomysłu. Zaraz po maturze pojechałem na egzaminy do Instytutu Muzyki na Uniwersytecie Rzeszowskim. Czułem, że chcę się kształcić i rozwijać w kierunku muzycznym, a docelowo założyć własny zespół i grać swoje piosenki. 

PAP Life: Rodzice ci kibicowali, czy raczej próbowali odwieść od tego pomysłu?

T.S.: Rodzice nigdy nie ukierunkowywali mnie czy braci. Zostawiali nam te decyzje i zawsze wspierali. Widzieli, że mam poczucie rytmu, słuch, ciągle nucę coś pod nosem. Kupili mi instrument klawiszowy, który na początku lat 90-tych kosztował ich całą miesięczną wypłatę. Wydaje mi się, że wtedy mama pomyślała, że muzyka to jedyny kierunek, który da mi poczucie spełnienia i szczęścia. 

PAP Life: Szybko zacząłeś spełniać swoje marzenia. Kiedy założyłeś Pectus, miałeś zaledwie 21 lat.

T.S.: Pectus powstał przy klubie studenckim Pod Palmą, tam robiliśmy pierwsze próby zespołu. Początki były ciężkie, szczególnie, jeśli chodzi o instrumentarium, bo przecież jako studenci nie mieliśmy pieniędzy, żeby inwestować w profesjonalny sprzęt. Ale chyba mocna determinacja pomogła nam pójść dalej. Zgłosiliśmy się na międzynarodowy festiwal dla młodzieżowych wykonawców Carpathia, który był organizowany w Rzeszowie, zdobyliśmy tam pierwsze miejsce i dzięki temu zakwalifikowaliśmy się na koncert „Debiuty” w Opolu. Od tamtej pory poczuliśmy wiatr w żaglach. W 2008 wystąpiliśmy na Festiwalu w Sopocie i kolejna wygrana - Słowik Publiczności. Bardzo ważna, bo przecież dzięki publiczności w ogóle istniejemy. 

PAP Life: Przez pierwsze lata skład zespołu często się zmieniał. W 2011 roku doszli do niego twoi bracia. Jak ich do tego przekonałeś?

T.S.: Początki były bardzo burzliwe - Pectus kształtował się personalnie, ale też artystycznie. Kiedy moi bracia dołączyli do zespołu, dla wielu osób to był szok. Po prostu wykonałem telefon do każdego z braci, pytając, czy chcą zmienić swoje życie z dnia na dzień. Wszyscy odpowiedzieli, że tak. I właściwie natychmiast porzucili swoje dotychczasowe zajęcia, przyjechali do mojego domu i zaczęliśmy próby. Każdy z moich braci grał na innym instrumencie - Marek na perkusji, Mateusz na gitarze basowej, a Maciek na gitarze. Ale pomijając uroczystości rodzinne, nigdy razem nie występowaliśmy wspólnie na scenie. W tamtym czasie Mateusz i Marek polecieli do Chicago, żeby tam pracować na budowach, a Maciek był zatrudniony jako dekarz w firmie budowlanej, więc na co dzień nie zajmowali się muzyką. Mimo tych trudności chyba gdzieś podskórnie wszyscy czuliśmy, że kiedyś przyjdzie taki moment, że będziemy razem grać.

PAP Life: Nie bałeś się postawić wszystkiego na jedną kartę?

T.S.: Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mogą być różne trudności. Moja żona również, bo kiedy trzech dorosłych mężczyzn nagle zaczyna z nami mieszkać, różne napięcia czy konflikty są właściwie nieuniknione. Taki projekt wymaga wielkiej uważności, cierpliwości i determinacji. Dużo na ten temat rozmawialiśmy z Moniką, ale też byliśmy zdecydowani, żeby podjąć ryzyko. Moi bracia zadeklarowali, że będą pracowali na 110 procent, a to było dla mnie ważną deklaracją, bo zawsze przykładałem wagę do dyscypliny. I po prostu zaufali mi jako najstarszemu bratu. Z perspektywy czasu okazało się, że podjęliśmy słuszną decyzję. Gdybyś spytała chłopaków, to pewnie potwierdziliby, że nie żałują. Oczywiście przez te wszystkie lata bardzo dużo wydarzyło się w życiu osobistym każdego z nas - rozstania, małżeństwa, narodziny dzieciaków. Każdy z nas dojrzewa na swój własny sposób jako mężczyzna, jako ojciec, mąż i widzimy, jak te procesy przebiegają.

PAP Life: Niektórzy uważają, że z rodziną nie powinno się robić interesów, a przecież zespół to też biznes.

T.S.: Bardzo dużym sprawdzianem był dla nas okres pandemii, kiedy przez dwa lata nie graliśmy koncertów. Ta sytuacja pokazała nam, że nie ma w życiu nic cenniejszego niż rodzina. Relacje, które zbudowaliśmy w dzieciństwie dzięki naszym rodzicom, ale też w późniejszym okresie, zdały egzamin. Pectus jest firmą rodzinną, tak jak powiedziałaś, jest to również biznes, bo zajmujemy się muzyką zawodowo, z tego żyjemy, płacimy rachunki. Ale przy tym są też emocje czysto artystyczne i musieliśmy wiele rzeczy przepracować. Każdy z nas ma swoje ambicje, wrażliwości. To są problemy, z którymi wcześniej czy później zderzają się wszystkie zespoły. Bardzo często, kiedy młodzi ludzie zakładają kapele, w ogóle nie myślą o strukturach, formalizowaniu tego kolektywu, już nie mówiąc o dokumentach, pójściu do notariusza i podpisaniu umów między muzykami. Na początku to jest pasja, marzenia, ambicje i tak naprawdę nikt nie zastanawia się nad tym, żeby usankcjonować status grupy. I tu pojawiają się pieniądze, które w połączeniu z indywidualnymi ambicjami artystycznymi doprowadzają do tego, że zdecydowana większość młodych zespołów rozpada się. Dlatego w Pectusie zawsze były umowy opisujące funkcje, struktury, ewentualnie plany. Dla moich braci było oczywiste, że muszą się dostosować i zaakceptować warunki, na jakich dołączają do zespołu.

PAP Life: Często podkreślasz, jak duży wpływ na wasze relacje miało wychowanie, które otrzymaliście w rodzinnym domu.

T.S.: Tak, ale też chcę powiedzieć, że bardzo dużo nauczyłem się od mojej żony, która przekonała mnie, że ludzi należy słuchać, a nie tylko od nich wymagać. Dla mnie to był osobisty przełom, który przeżyłem kilkanaście lat. Natomiast z domu rodzinnego wynieśliśmy przede wszystkim dyscyplinę. Mama, wychowując czterech urwisów, musiała to robić twardą ręką, ale dbała też, żeby w domu było dużo miłości. Był taki okres, kiedy nasz tata często wyjeżdżał za granicę. Rodzice budowali nowy dom - dla nas to było bardzo ważne, bo w starym domu panowały kiepskie warunki. Docenialiśmy, że tata ciężko pracuje. Ale też nie ukrywam, że bardzo brakowało mi ojca na co dzień. Potem, kiedy urodził się Staś i sam zostałem ojcem, postanowiłem sobie, że mimo że wykonuję zawód, który wiążę się z ciągłym podróżowaniem, to w najważniejszych momentach życia naszego syna będziemy razem z nim. 

PAP Life: Przez ostatnie 20 lat rynek muzyczny bardzo się zmienił. Jaki macie pomysł na siebie, żeby wciąż przyciągać słuchaczy?

T.S.: Faktycznie, zmieniło się bardzo dużo. Kiedy zaczynałem, bardzo ciężko było zaistnieć, zwrócić na siebie uwagę, zwłaszcza, gdy ktoś pochodził z małej miejscowości. Trzeba było zdobyć pieniądze, wynająć studio nagraniowe, umówić się i zarejestrować materiał muzyczny na płytę. Natomiast teraz właściwie każdy może tworzyć muzykę, rejestrować ją na nośnikach w domu, w komputerze, nawet na smartfonie – i wysyłać swoje pomysły w sieć. Nie boję się, jeśli chodzi o nasz warsztat. Znam swoje możliwości wokalne, jestem pewien tego, co chcę zaśpiewać, w jakim gatunku muzycznym. Poza tym jako kompozytor realizuję się też poza Pectusem - piszę muzykę do filmów, seriali, muzykę ilustracyjną i dla innych wykonawców.

Jeśli chodzi o przyszłość, oczywiście mam świadomość, że sztuczna inteligencja będzie miała coraz większy wpływ na komponowanie i aranżowanie muzyki. Natomiast nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z publicznością na koncertach. Przez te wszystkie lata dorobiliśmy się wspaniałych fanów. Więc po prostu dalej będziemy robić wszystko, żeby dostarczać im, jak najwięcej emocji. Już teraz zapraszam na specjalną trasę 20 koncertów na 20-lecie Pectus. Będzie się działo! Bliskie jest nam motto naszego mistrza Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje”. (PAP Life)

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/moc/ag/kgr/

Tomasz Szczepanik – wokalista, autor tekstów, kompozytor. W czasie studiów na Uniwersytecie Rzeszowskim w 2005 roku założył pop-rockowy zespół Pectus. Jego nazwa, zaczerpnięta z języka łacińskiego, oznacza siłę woli i hart ducha. Skład grupy zmieniał się kilka razy. Od 2011 tworzą ją bracia Szczepanikowie (Tomasz, Maciej, Mateusz, Marek). Pectus wydał łącznie siedem płyt, ma na koncie wiele przebojów, m.in. „To, co chciałbym ci dać”, „Jeden moment”, „Barcelona”, „Głowę noś do góry”, „Przejazdem”. 14 marca ukazał się ich najnowszy singiel „Barraquito”, do którego teledysk został nagrany na Teneryfie. Tomasz Szczepanik ma 43 lata. Jego żoną jest Monika Paprocka-Szczepanik, która zarazem jest menadżerką zespołu. Mają syna Stanisława. 

Zobacz także

  • Paulina Przybysz, Natalia Przybysz. Fot. PAP/Leszek Szymański

    Zespół Sistars powraca. Gdzie wystąpi?

  • Kasia Sienkiewicz, Jacek Sienkiewicz. Fot. PAP/Rafał Guz
    Specjalnie dla PAP

    Kwiat Jabłoni: być może nasz wizerunek jest zbyt łagodny [WYWIAD]

  • Sejm, sala plenarna. Fot. PAP/Marcin Obara

    Ograniczenia w Sejmie? Chodzi o zespoły parlamentarne

  • Bartosz Waglewski. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

    Zespół Fisz Emade Tworzywo wydał pierwszy singiel zwiastujący nowy album

Serwisy ogólnodostępne PAP