O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Aleksandra Konieczna: długo nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca [WYWIAD]

Mieliśmy świadomość, że data premiery „Wiśniowego sadu” będzie się zbiegać z czymś, co możemy nazwać rozbiorem Ukrainy - bo na pewno do tego dojdzie. Gdyby robić ten spektakl tak bezrefleksyjnie, to po prostu wyskoczylibyśmy w kapeluszach z parasoleczkami, jak idioci. Nie wyobrażam sobie tego. Zwłaszcza, że w zespole Teatru Powszechnego mamy aktorów ukraińskich - mówi PAP Life Aleksandra Konieczna, która po dziewięciu latach przerwy wróciła do pracy w teatrze.

Aleksandra Konieczna. Fot. PAP/Leszek Szymański
Aleksandra Konieczna. Fot. PAP/Leszek Szymański

PAP Life: Dziewięć lat temu, po sukcesie „Ostatniej rodziny”, przestała pani pracować w teatrze. Teraz wróciła pani na scenę. Tęskniła pani za teatrem? 

Aleksandra Konieczna: Nie tęskniłam za teatrem, bo teatr dobrze poznałam i wydawał mi się ciężką pracą za nieduże pieniądze. Zatęskniłam za wspólnotą, za ludźmi. Takimi, którzy od rana mogą mówić o rzeczach, o których o dziesiątej rano nie wypada. Bo przecież nie wypada w innych miejscach mówić o śmierci, o nieśmiertelności, o końcu naszej planety, o naszych snach, itd. I teraz znów mam taką wspólnotę, która jest bezkarna, odważna, ze śmiałą wyobraźnią. Przyznam, że już od dawna chciałam wrócić do teatru, ale jakoś długo nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca.

PAP Life: Dlaczego? 

A.K.: Tak się układało. Jeszcze w pandemii dostałam propozycję od Andrzeja Seweryna z Teatru Polskiego, ale - szczerze powiedziawszy - ja po TR Warszawa Grześka Jarzyny, który był odważnym, artystycznym teatrem, chyba nie umiałabym się tam odnaleźć. TR był moją wioską plemienną, więc tam się zwróciłam, ale dostałam odmowę, którą zresztą bardzo przeżyłam. W Teatrze Powszechnym miałam gościnnie robić monodram na podstawie tekstu Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w reżyserii Piotra Cieplaka, znakomitego reżysera. Z różnych powodów, niezależnych od nas, to nie wyszło. Ale byliśmy w rozmowach z Pawłem Łysakiem (obecny dyrektor Teatru Powszechnego – red.). Kiedy Paweł zdecydował się robić „Wiśniowy sad” na podstawie Czechowa, dostałam rolę i etat. 

PAP Life: Czy debiut na nowej scenie, po długiej jednak przerwie, wiązał się u pani z jakimś niepokojem, tremą? 

A.K.: Chwilami, sekundami dopadało mnie czarnowidztwo. Może ja to zapomniałam? Na przykład muzycy muszą codziennie ćwiczyć instrument. A ja teatru nie ćwiczyłam, więc coś takiego mi migało. Ale przede wszystkim w czasie prób miałam taki stan, trochę jak Idiota Dostojewskiego – wdzięczności za to, że mogę się spotykać z ludźmi, pracować nad takim projektem. Czasem było trudno, ale mi się wszystko bardzo podobało. Kiedy już zbliżaliśmy się do premiery, trochę się zaniepokoiłam: „Zaraz, przecież ja nie znam tej przestrzeni, jako aktorka potrzebuję ją poczuć”. Bo myśmy próbowali w niedużej sali prób, dopiero tydzień przed premierą weszliśmy na scenę. Musiałam sprawdzić, czy jestem w stanie objąć całą przestrzeń, za ostatni rząd, tak, żebym dotarła do wszystkich widzów…

PAP Life: …głosem?

A.K.: Nie, o to się nie martwiłam, zresztą mamy mikroporty. Chodziło mi o energię. Ale jak zaczęła przychodzić pierwsza, taka wewnętrzna publiczność, to byłam już pewna, że to pamiętam, znam.

PAP Life: Grała pani kiedyś Czechowa? 

A.K.: Tak, zresztą też „Wiśniowy sad”, w Teatrze Dramatycznym, w którym przez 10 lat byłam na etacie. Wtedy robił to reżyser z Moskwy, nie pamiętam już jego nazwiska, ale to było tak bardzo po bożemu, a ja grałam Warwarę. U nas, ponieważ spolszczyliśmy prawie wszystkie imiona, to jest Barbara, którą gra młoda aktorka, Agnieszka Rajda - moim zdaniem świetna. 

PAP Life: Teraz wciela się pani w Szarlottę, która w „Wiśniowym sadzie” pełni rolę przewodniczki, zmusza tych, co ocaleli do konfrontacji z przeszłością, prawdą, przemocą. Na scenie nosi pani perukę z czarnymi, długimi włosami. Jaki był cel tej charakteryzacji? 

A.K.: Nie było specjalnego planu. Bardzo chciałam grać w peruce, odmienić się, bo - szczerze mówiąc - nudzę się ze swoją twarzą. Dlatego korzystam z każdej okazji, żeby coś pozmieniać, zobaczyć, do jakiego stopnia mogę być elastyczna. Szarlotta, tak naprawdę, jest demiurgiem, kobietą, która wie więcej, która wieszczy i przeprowadza przez najtrudniejsze momenty Raniewską i właściwie wszystkich bohaterów tego spektaklu. Taka osoba, która ma bardzo trudną funkcję, wykonuje swoje zadanie, po czym zupełnie traci energię, a nawet rozum. Ona ma dla mnie trochę też cech męskich, taką odwagę, bezczelność, wybuchową energię, złośliwość, gniew. To właściwie jest wszystko, z czym ja się trochę utożsamiam i co teraz mam w stosunku do tego, co wydarza się na świecie. Bardzo przeżywam to, co się dzieje w Ukrainie. Nie rozumiem w ogóle wojny, empatyzuję ze wszystkimi ofiarami wojennymi. A o tych, którzy są najbliżej, najbardziej drży moje serce. Wyobrażam sobie siebie albo swoją córkę, jej narzeczonego, moich rodziców w tak przerażającej sytuacji. Rozdarcie rodzin, ucieczki, stres, czekanie na wiadomość o śmierci najbliższych mężczyzn, synów. Po prostu rozrywa mi to serce. 

PAP Life: Podobno na początku miała pani wątpliwości, czy w ogóle powinna pani grać?

A.K.: Nie miałam wątpliwości, wiedziałam, że jeśli to będzie po bożemu robiony „Wiśniowy sad”, to po prostu odmawiam. Ale Paweł Łysak przedstawił mi argumenty, które bardzo mi się spodobały, otworzyły moją wyobraźnię i sprawiły, że chciałam wziąć udział w tej opowieści. Bo to jest „Wiśniowy sad”, który się dzieje tu i teraz, obok pełnoskalowej wojny, który został też inkrustowany fragmentami „Końcówki” Becketta i „Powolnym ciemnieniem malowideł” Jerzego Grzegorzewskiego. I Beckett podnosi tego Czechowa na taki metapoziom. Chociaż Czechow jest gigantem, „Wiśniowy sad” to jest jego ostatnia sztuka, którą napisał już właściwie umierając. Czechow miał korzenie ukraińskie i umieścił akcję „Wiśniowego sadu” pod Charkowem. On też bardzo bał się carskiej Rosji i jej rozcapierzenia, które teraz świetnie pokazuje, więc tutaj wszystko się zgadza. Trochę była na nas nagonka, jak można robić Czechowa bez Czechowa. Ale my zaznaczamy, że gramy na podstawie Czechowa, a ja się bardzo cieszę, że wzięłam udział w takiej wypowiedzi.

PAP Life: Trudno karać Czechowa za Putina.

A.K.: Nie chodzi o karanie Czechowa, tylko o wspieranie Ukrainy. Sądzę, że teatr ma tyle znakomitych tekstów, którymi się może posiłkować, że nie musi akurat teraz, kiedy trwa wojna za naszą granicą, korzystać z rosyjskich tekstów. Mieliśmy też świadomość, że data naszej premiery będzie się zbiegać z czymś, co możemy nazwać rozbiorem Ukrainy, bo na pewno do tego dojdzie. Gdyby robić ten spektakl tak bezrefleksyjnie, to po prostu wyskoczylibyśmy w kapeluszach z parasoleczkami, jak idioci. Nie wyobrażam sobie tego. Zwłaszcza, że w zespole Powszechnego mamy aktorów ukraińskich.

PAP Life: Z jednej strony Polacy bardzo wsparli Ukraińców, z drugiej nasze wzajemne relacje mają trudną przeszłość. 

A.K.: Mogłabym długo na ten temat opowiadać. Mój dziadek, ale nie z krwi, bo to drugi mąż mojej babci, był Ukraińcem. Babcia Rozalia pochodziła z terenów za Bugiem. Moja mama ma w papierach wpisane, że urodziła się w ZSRR. Tam dziadek poznał babcię, zakochał się i z miłości przyjechał za nią do Polski. Zamieszkali na Ziemiach Odzyskanych, blisko granicy czeskiej. Dziadek polskiego nigdy się dobrze nie nauczył, do końca rozmawiał z babcią taką polsko-ukraińską gwarą. Wszyscy mieszkaliśmy w wielorodzinnym domu, w którym było wiele osób ze Wschodu. Te konflikty polsko-ukraińskie, które są w nas do teraz, rzeź wołyńska itd., to wszystko było w moim domu i pod wpływem alkoholu bardzo mocno się ujawniało. Czasem mój dom zmieniał elewację. Wychodziłam do szkoły z domu z gankiem porośniętym pięknym winem, a wracałam do domu bez ganku, bez wina, bo dziadek w wielkiej furii potrafił ten ganek porąbać. Dziadek był kochany, dobry dla nas, tylko zdarzały się takie momenty zapalne. Mnie też trochę się nie podoba, jak pan Zełenski postępuje z Wołyniem, ale wydaje mi się, że nie jest to dobry moment, żeby stawiać tę sprawę na ostrzu noża. 

PAP Life: Dziś tak jak u Czechowa, jesteśmy świadkami burzenia starego porządku, a przyszłość jest niejasna. 

A.K.: Wydaje mi się, że ona jest jasna. To znaczy intencje dwóch największych mocarstw, Trumpa i Putina, są dla mnie ewidentne. A do tego te ruchy związane z wyczerpywaniem i tak wyczerpanej planety, ta cała gospodarka rabunkowa. W naszym przedstawieniu jest w czwartym akcie taki efekt uszkodzonego drzewa, które jest pospinane jakimiś paskami od spodni - taki trochę performance. Ale to właśnie robi na mnie najmocniejsze wrażenie, bo ja kocham drzewa - wydaje mi się, że z wzajemnością. I jak czytam o polskiej gospodarce leśnej, o tym, ile starych drzewostanów ma pójść tego roku pod topór, to jest mi strasznie źle. Bardzo chciałabym kupić jakąś działkę leśną, mieć swój kawałek lasu i tam nikomu nie pozwolę nic wyciąć. 

PAP Life: Zmiana czeka też Teatr Powszechny. Od nowego sezonu zarządzać będzie nim Maja Kleczewska. Czuje pani obawę czy raczej ekscytację? 

A.K.: Raczej ekscytację, bo Maja jest bardzo silną artystką i ja się jej światem, przedstawieniami, wypowiedziami fascynuję od lat. Więc jeżeli chodzi o język, którym chciałabym na scenie działać, to czuję podniecenie. 

PAP Life: Myślę, że los aktorów jest dla niej ważny. Ostatnio Kleczewska podpisała się pod manifestem aktorów Teatru Śląskiego, w którym reżyserowała spektakl, żeby podnieść wynagrodzenie aktorów teatralnych z minimalnej do średniej krajowej.

A.K.: Oczywiście my w Powszechnym też się podpisaliśmy pod tą petycją. Chociaż i tak cieszę z tego, co mam. Gram też w innych projektach, choć ostatnio z tym jest różnie. Od trzech lat nie zagrałam żadnej dużej roli w filmie, zrobiłam tylko jeden serial („Minuta ciszy”). Poza tym, z jakąś rólką weszłam w „Ojca Mateusza”, no i jeszcze mam „Na Wspólnej”. Ale to nie są żadne kokosy. Paniom w moim wieku trudno znaleźć cokolwiek. 

PAP Life: Ról dla dojrzałych kobiet chyba jest coraz więcej. 

A.K.: Ciągle za mało. Cieszę się na Maję Kleczewską także z tego powodu, że ona, będąc kobietą, zauważa problemy kobiece, patrzy na kobiece ciało w inny sposób niż mężczyzna. W czasie prób do „Wiśniowego sadu” miałam taki pomysł, że wychodzę z głębi sceny i mażę sobie uda krwią. Paweł zapytał mnie: „Chciałabyś wyjść z takiej zawalonej kamienicy, tak?”. „Nie, zgwałcona” - tłumaczę. „Bo dla was mężczyzn to są zawalone kamienice, ale dla kobiet to oprócz zawalonych kamienic są przede wszystkim gwałty, wielokrotne gwałty”. Kobieta inaczej postrzega swoją sytuację w czasie wojny. Zresztą, w czasie pokoju też. Żyjemy przecież w kraju, który ma jedną z najsurowszych ustaw aborcyjnych w Europie.

PAP Life: Z reżyserkami pracuje się inaczej niż z reżyserami? 

A.K.: Oczywiście. W czasach, kiedy byłam młodą kobietą, reżyserowali w większości mężczyźni, na studiach reżyserskich prawie wcale nie było kobiet. Teraz reżyserek jest bardzo dużo, w Teatrze Powszechnym w większości reżyserują kobiety. Ich postrzeganie świata, konfliktów międzyludzkich, relacji, jest zupełnie inne. Bo mężczyźni myślą o młodych kobietach jak o obiektach seksualnych. Kiedy wchodzi ciało kobiety na scenę, to wchodzi ciało na scenę. A kiedy wchodzi ciało męskie na scenę, to wchodzi człowiek. Czuje pani tę różnicę? 

PAP Life: Domyślam się, że woli pani pracować z kobietami. 

A.K.: Wolę pracować z kobietami i homoseksualistami. Bo jest kilku wybitnych homoseksualistów, z którymi uwielbiam pracować. Na przykład Krystian Lupa kocha kobiety, nie deprecjonuje ich, jest ich ciekawy. Zagrałam Penelopę w jego przedstawieniu „Powrót Odysa” Wyspiańskiego w Teatrze Dramatycznym. Pomyślałam sobie, jak on empatycznie, wrażliwie podchodzi do kobiety, która ma wypalone serce. 

PAP Life: Chciałabym zapytać panią o sytuację, która wydarzyła się kilka miesięcy temu. Napisała pani na swoim Facebooku, że dowiedziała się pani, że straciła rolę w umówionym projekcie, bo zażądała ogromnej stawki, co było nieprawdą. 

A.K.: Bardzo mnie to dotknęło. Tydzień przed zdjęciami dostałam wiadomość, że mojej roli nie ma, że w ogóle została w scenariuszu wykreślona. Pracuję w tym zawodzie na tyle długo, żeby wiedzieć, że to nie jest możliwe. W końcu udało mi się skontaktować z produkcją i okazało się, że usłyszeli, że mam wysokie stawki. To było kompletnie absurdalne, mam bardzo normalne stawki. Oczywiście one są różne w zależności od projektu. Inne w jakiś komercyjnych, wysokobudżetowych produkcjach. Inne w serialu, gdzie jest ciągłość pracy. A jeszcze inne, kiedy pracuję z młodymi twórcami, których bardzo chcę wspierać. Poprosiłam o rozmowę z producentem i doszliśmy do porozumienia, a następnego dnia moja postać wróciła. 

PAP Life: Po co ktoś rozpuszczał takie plotki? 

A.K.: Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi pewnie o pieniądze. Potem dowiedziałam się, że moja postać nie miała zniknąć, tylko miała zagrać inna aktorka. Nie chcę w to wnikać. Chciałam tylko dać znać światu, że to jest nieprawda i ta plotka jest bardzo krzywdząca i groźna. Obawiałam się, że jeżeli jej nie sprostuję, to może w ogóle nigdzie już nie zagram. Na szczęście, jakieś propozycje się pojawiły. Kariera to jest coś, co wybucha i się zatapia w sekundę. Świętej pamięci Jurek Trela, kiedy zobaczył, jak szybko te Orły zdobywam, mówił: „Jezu, Olka, jaka ty torpeda jesteś, satelita!”. Ale to było, minęło. I dobrze. Wierzę, że wszystko dzieje się w takim, a nie innym momencie, z jakiegoś powodu i po coś.

PAP Life: W jakim momencie życia pani jest teraz? 

A.K.: Chyba się zakochuję.

PAP Life: W?

A.K.: W człowieku.

PAP Life: W mężczyźnie?

A.K.: W kobiecie?

PAP Life: ?

A.K.: Zaskoczyłam panią?

PAP Life: Trochę tak. Zastanawiam się, czy pani nie żartuje. 

A.K.: Teraz jestem jak najbardziej poważna. Zazwyczaj było tak, że jak mówiłam najszczerzej, to uznawano to właśnie za prowokację. Jestem na takim etapie, że tradycja już nie ma dla mnie większego znaczenia. Córkę już mam, mężczyźni mnie trochę rozczarowali. Ale też nie, żebym ich nie lubiła. Trochę rozumiem ten czas pogubienia mężczyzn, więc przyszedł w moim życiu taki moment, w którym otworzyłam się na całą ludzkość. Powiedziałabym, że to moje zakochanie jest nieśmiałe i nic na siłę. Taki moment akceptacji dojrzałej kobiety. 

PAP Life: Długo była pani sama?

A.K.: Siedem lat i ja tę samotność oswoiłam. Wspierałam się też - do tej pory wspieram - psychoterapeutycznie. Chciałam zrozumieć, jakie błędy popełniałam w swoich związkach. Samotność ma swoje profity, ale też jest nieciekawym stanem. Dla mnie troszkę brudnawą wodą. Nie mam tego lustra, w którym mogę się przeglądać. I też nikt nie jest blisko mnie, więc nie wywołuje we mnie emocji. Tak, jakby przede mną świat, a między światem a mną fosa. Do tej pory tak było. I teraz powoli się zakochuję. Przyglądam, może fascynuję, może obserwuję. Podjęłam też takie spostrzeżenia co do siebie, że albo jest we mnie ktoś autorytarny, kto mówi: „Trzymaj się tradycji, żeby nie było, że wstyd rodzinie przyniesiesz. I w ogóle nie w tym wieku. Odbiło ci?! Ty się szykuj do wieczności”. A z drugiej strony jest też taki zawadiaka, taka filuterna osoba, uwodząca, troszkę niemoralna. Pomyślałam sobie, że ani z jednego, ani z drugiego miejsca nie można budować związku, bliskości. Teraz starałam być pośrodku, to znaczy świadomie i odpowiedzialnie wybierać i decydować. Taką wiwisekcję nad sobą zrobiłam na koniec naszej rozmowy. (PAP Life)
 
Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/moc/ag/kgr/


Aleksandra Konieczna – aktorka teatralna i filmowa, reżyserka teatralna, pedagożka. W 1988 roku ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Występowała na scenie Teatru Współczesnego, Dramatycznego i TR Warszawa, obecnie w zespole Teatru Powszechnego w Warszawie. Popularność przyniosła jej rola Honoraty w serialu „Na Wspólnej”, w którym występuje do dzisiaj. Trzykrotna laureatka Orła za pierwszoplanowe role kobiecie w filmach „Ostatnia rodzina” i „Boże ciało” oraz drugoplanową w „Jak pies z kotem”. Otrzymała również nagrodę w Gdyni za drugoplanową rolę kobiecą w „Sweat”. 8 lutego w Teatrze Powszechnym premierę miał spektakl "Wiśniowy sad" z jej udziałem.  Ma 59 lat. 
 

Zobacz także

  • Trine Dyrholm. Fot. PAP/EPA/SEBASTIEN NOGIER
    Specjalnie dla PAP

    Trine Dyrholm: "Beginnings" pokazują, że najtrudniej jest zaakceptować to, co przynosi nam los [WYWIAD]

  • Juliette Binoche. Fot. PAP/EPA/GUILLAUME HORCAJUELO

    Blisko ćwierć wieku temu otrzymała Oscara, teraz poprowadzi jury

  • Marianne Faithfull nie żyje. Piosenkarka miała 78 lat. Fot. PAP/EPA/FERDY DAMMAN

    Marianne Faithfull nie żyje. Brytyjska piosenkarka miała 78 lat

  • Maria Bakka-Gierszanin, 2010 r., fot. wikimedia commons

    Zmarła znana aktorka, miała 102 lata

Serwisy ogólnodostępne PAP