Ekspertka Tatiana Kastoueva-Jean z Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (IFRI) ocenia, że telefon Scholza "mógł jedynie potwierdzić przekonanie Putina, że Niemcy i inne kraje europejskie marzą o wznowieniu przy pierwszej okazji "business as usual" z Rosją, zwłaszcza w zakupach gazu". Politolożka zadaje pytanie, dlaczego Putin miałby ustąpić w sprawie Ukrainy, skoro kraje Europejskie są gotowe do rozmów bez żadnych ustępstw z jego strony. "Takie zachowanie największego kraju europejskiego nie zachęci go do złagodzenia stanowiska" - wskazała Kastoueva-Jean.
Z kolei szefowa berlińskiego oddziału europejskiego think tanku ECFR (Europejska Rada Stosunków Międzynarodowych) Jana Puglierin podkreśliła, że wytłumaczeniem faktu, iż Scholz zadzwonił do Putina, jest sytuacja polityczna w samych Niemczech. "W sytuacji Ukrainy nie zmieniło się nic takiego, co uzasadniałoby inicjatywę Scholza" - oceniła ekspertka. Jak dodała, motywacje kanclerza są związane z wyborami w Niemczech w lutym w 2025 roku i tym, że chce on "prezentować się jako "kanclerz pokoju" w kraju podzielonym w kwestii wsparcia dla Ukrainy".
Zdaniem Puglierin telefon Scholza był błędem i mógł być znacznie lepiej skoordynowany z innymi krajami europejskimi.
"To nie jest czas na konkursy piękności, by wyjaśniać, kto pierwszy zadzwoni do Putina. Europa wydaje się być podzielona, co nie jest pożądane ani w relacjach z Putinem, ani w relacjach z Białym Domem" - powiedziała szefowa berlińskiego think tanku. Jak podsumowała, "inicjatywa ta nie przyniosła żadnej korzyści".
"Le Monde" podkreśla, że rozmowa odbyła się "w momencie krytycznym dla Ukrainy, gdy wsparcie Zachodu jest osłabione przez wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA". Cytując komentarz premiera RP Donalda Tuska do tej rozmowy, dziennik ocenia, że partnerzy europejscy zareagowali "dość dyskretnie". Rozmowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona z Putinem na tym etapie nie jest planowana - podaje "Le Monde", powołując się na otoczenie szefa państwa.
Z Paryża Anna Wróbel (PAP)
awl/ sp/ sma/